Izraelski kalejdoskop

Nie jest to relacja z jednej podróży do Izraela, ale skompilowany w jedną część opis kilku wyjazdów. Nie zawsze zachowany zostaje porządek czasu, a poszczególne sceny łączy albo podobieństwo wydarzeń, albo podobieństwo emocji towarzyszących danej chwili. Rozmowy po hebrajsku zapisane zostały w transliteracji własnej.

 

Zamawiaj koszerne i nie mów po hebrajsku

     Nasza podróż do Izraela zaczyna się niekoszernie. W samolotach narodowych linii można jeszcze w klasie ekonomicznej zamówić różnorodne  posiłki w ramach ceny biletu, ale już niebawem luksus się skończy. Batonik i szklanka wody to wszystko na co będzie stać przewoźnika w ramach standardowej opłaty, jednak teraz zamawiamy przez stronę internetową: Tamar jakoś tak dziwnie nazwane coś, a ja posiłek koszerny. Po osiągnięciu wysokości przelotowej stewardesy zaczynają roznosić jedzenie.

     Dostaję puszeczkę, pieczywo, plastikowy pojemnik i kawę. Uśmiecham się, bo jedzenia jest dużo, wygląda ciekawie i ładnie pachnie. Tamar czeka. I wreszcie dostaje… zwykłą bagietkę.

– To wszystko? – pyta stewardessę. – Tak – odpowiada pani z obsługi. – To właśnie pani zamówiła.

W oczach mojej żony pojawiają się łzy.

– Kochanie, przecież podzielimy się jedzeniem – mówię i zaczynam podział koszernego posiłku. Jest już dobrze, ale czeka nas kolejna stresująca sytuacja.

Po wylą­dowaniu podchodzimy do okienka celnego.

– Purpose of visit? – pada krótkie rzeczowe pytanie.

– Anachnu­ be chufsza, anachnu tajarim (jesteśmy na wakacjach, jesteśmy turystami) – odpowiadam dumny, że mogę zabłysnąć znajomością lokalnego języka.

Ale celnik sztywnieje jeszcze bardziej, i tak groźna mina staje się jeszcze bardziej pozbawiona wszelkiej litości nad biednymi podróżnikami.

– Me eifo iwrit? (Skąd hebrajski?) – mundurowy pyta takim tonem, jakby próbował wydusić ze mnie zeznanie gdzie ukryłem bombę.

Zatyka mnie, zaczynam się jąkać, ale odpowiadam. Wreszcie po kliku minutach oddaje nam paszporty z wetkniętą między kartki trzymiesięczną wizą pobytową, wysila się na uśmiech i mówi:

–  Atem medabrim iwrit jafe meod. Nesia towa! (Mówicie po hebrajsku bardzo ładnie. Szczęśliwej podróży!)

     Przypomina mi się scena z filmu “Psy Wojny”, kiedy główny bohater wjeżdża do afrykańskiego kraju, a celnik przegląda bagaże, zabiera co cenniejsze rzeczy, niedbale pakuje z powrotem walizkę i, oddając ją, mówi do podróżnego z uśmiechem: „Welcome to Zangaro!”.

Obiecuję sobie, że kiedyś się wkurzę i ten czas wreszcie nadchodzi po kilku latach przy odprawie podczas lotu z Izraela.

– Szalom! – witamy się z celnikiem uśmiechnięci.

– Why szalom? – pyta groźnie.

Zatyka nas, ale po chwili mówię:

– Lama lo szalom? (Dlaczego nie szalom?)

– Me eifo iwrit? (Skąd hebrajski?) – pada standardowo chłodne pytanie.

– Ata shoel me eifo iwrit szeli? (Pytasz skąd mój hebrajski?)  – pytam z drwiącym uśmiechem.

Trochę, ale tylko trochę traci grunt pod nogami.

– Ken (Tak) – rzuca krótko.

– Irwit szeli me rosz, we me eifo iwrit szelcha? Me beten ome raglaim? (Mój hebrajski jest z głowy, a twój skąd? Z brzucha, czy z nóg?)

Uśmiecha się lekko zmieszany i staje się dziwnie uprzejmy. Nie odwzajemniam uprzejmości. Gram wpienionego Żyda.

 

Wpieniony Żyd

     Pewnej soboty, w Szabat, wybieramy się na spacer. Jesteśmy w Jerozolimie, więc kroki kierujemy w stronę Starego Miasta. Łazimy to tu, to tam, aż trafiamy do Synagogi. Trzymam w ręku mały cyfrowy aparat, którym kilka chwil temu robiłem zdjęcia policjantom na koniach. Popatrzyli, uśmiechnęli się.

 Ale tutaj nie trafiam na uśmiech. Chociaż wcale nie zamierzam robić zdjęć, jeden ze zwiedzających Amerykanów około sześćdziesiątki stuka mnie w ramię, wskazuje na aparat i mówi arcypoważnym tonem:

– Today is the Sabbath. You are not allowed to take photos here.

     Szanuję Szabat przede wszystkim w ten sposób, że staram się nie wkurzać, co jako cholerykowi przychodzi mi bardzo trudno. Jednak teraz poczułem jak krew uderza mi do głowy, tym bardziej, że tego samego jegomościa widzieliśmy w grupie amerykańskich żydów na Wzgórzu Świątynnym. Szli pod eskortą wojska, zachowywali się głośno i agresywnie, na piersiach mieli wielkie wisiory w kształcie Gwiazdy Dawida. Muzułmanie pluli w ich stronę.

– Chyba nie tego chciał Mosze Dajan oddając Wzgórze Jordańczykom – powiedziała wtedy Tamar.

 I teraz jeden z tych panów zwraca mi uwagę.

– Ken, ani jodea sze hajom jesz szabat w iefszar lecalem be beit kneset (Tak, wiem że dziś jest Szabat i nie wolno robić zdjęć w synagodze) – mówię do niego po hebrajsku.

Patrzy z lekkim zdziwieniem.

– Do you speak Hebrew? – pytam.

– No – odpowiada już uśmiechnięty.

– Are you a Jew? – pytam.

– Yes! – odpowiada szczęśliwy.

– Are you a Jew and do not speak Hebrew?! – pytam wybuchając krótkim śmiechem, po czym zostawiam Amerykanina lekko ogłupiałego. W sumie nie wiem, czy był żydem, bo w Izraelu wiele ludzi staje się nagle albo żydami albo muzułmanami, a Amerykanie w szczególności. Tęsknią za wielowiekową kulturą, której nigdy nie mieli.

Jeruzalem, Jeruzalem

     Z Tel Awiwu do Jerozolimy często jeździmy koleją, ponieważ lubimy tę trasę, ale jeżeli nie zdąży się na autobus, wówczas trzeba czekać aż do przyjazdu następnego pociągu. Jednak to kilka godzin bezowocnego pobytu na dworcu, więc wyjściem jest taksówka, z której my właśnie teraz korzystamy. Podjeżdża arabski kierowca i mówi:

– 50 shekels and I will take you where you want.

     Nie wierzę własnym uszom. Któregoś roku jechaliśmy z taksówkarzem nie-Arabem i nie dość, że wysadził nas z samochodu pół kilometra od celu, bo „bliżej się nie da podjechać”, to jeszcze zapłaciliśmy 100 szekli! A tu Arab wiezie nas za 50 i to niemal pod same drzwi!

     Dla równowagi tego samego dnia przy Bramie Lwów przylepiają się do nas arabskie dzieci w wieku kilkunastu lat. Szarpią Tamar za rękaw, dotykają torebki, aż wreszcie moja żona zniecierpliwiona łapie jednego wyrostka za ramię i mocno ściska. Dzieciak uderza Tamar ręką w plecy. Oddalamy się szybko w głąb Starego Miasta.

     Spacerujemy leniwie po dzielnicach muzułmańskiej, żydowskiej i ormiańskiej. Spotykamy znajomego Turka, sprzedawcę świeżych soków. Kiedyś opowiadał nam o sobie, o swojej licznej rodzinie. Bardzo sympatyczny człowiek, chociaż któregoś roku nie popisał się zachowaniem.

     Przy Bramie Jaffo stał kordon policji. Wśród zgromadzonych ludzi staliśmy my i nasz Turek. Zapytaliśmy, co się dzieje. Odpowiedział, że ktoś zostawił reklamówkę na terenie Starówki i teraz będą ją wysadzać. Oczywiście reklamówkę, nie Starówkę. Znamy tę procedurę między innymi dlatego, że kiedyś żołnierze chcieli wysadzić nasz plecak, który zostawiliśmy na chwilę pod menorą naprzeciwko Knesetu. Na szczęście skończyło się na ostrzeżeniu. Ale tym razem bezpańska reklamówka miała ulec zagładzie.

– Tu policja jest trochę głupia i nie wie co robi. Przesadza – dodał swoje trzy grosze Turek do zasadniczej informacji.

     Kiedy jednak  żołnierze poprosili ludzi, aby odsunęli się na bezpieczną odległość, nasz turecki sprzedawca schował się najgłębiej ze wszystkich. Po krótkim wybuchu i zezwoleniu na wejście w obręb Starego Miasta, Turek pojawił się ostatni i, zanim zajął swoje miejsce, lękliwie rozejrzał się dokoła. W zestawieniu z oceną jaką wcześniej wystawił izraelskiej policji, nie wyglądało to najlepiej. Ale nie przestaliśmy go lubić. Bliski Wschód ma swoje  prawa.

     Oprócz praw są również obowiązki i obowiązkiem każdego sprzedawcy jest pilnować swojego interesu. Nasz Turek na pewno jest w tym bardzo dobry, czego nie można powiedzieć o pewnym młodym jerozolimskim antykwariuszu, dzięki któremu Mały Książę po hebrajsku trafił w nasze ręce za cenę 50 szekli, zamiast 60. Wniosek: kiedy wydaje się resztę, nie gada się przez telefon, a z tym Izraelczycy mają duży problem.

     Jak widać, problem nie musi mieć wielkiej wagi. Może być po prostu zabawny, nawet jeżeli jest to stolica Izraela. Na jerozolimskiej poczcie głównej czekaliśmy na swoją kolejkę, aby nadać paczkę do Polski. W jednym z okienek siedział urzędas jakby żywcem wyjęty z polskiego biura do spraw archiwalnych. Jednym słowem: dziadyga z zachowania i wyglądu. Izraelski klient nadawał paczkę, zważył ją, zmierzył, wypełnił stosowne druczki, po czym próbował podać ją przez okienko. To wzdłuż, to wszerz, to na skos. Paczka w żaden sposób nie przechodziła. Urzędas przyglądał się beznamiętnie z brodą podpartą o dłoń na wysiłki spoconego z wściekłości klienta. Na ławce czekających kilka arabskich kobiet z zainteresowaniem obserwowało scenę. Najpierw tłumiły śmiech, a potem zaśmiewały się do łez absolutnie nie kryjąc rozbawienia. Dołączyliśmy do nich, bo inaczej się nie dało. Wreszcie ktoś wpadł na pomysł, aby podać paczkę poza okienkiem i komedia po około 30 minutach skończyła się szczęśliwie.

    Ale pocztowi urzędnicy spokój i cierpliwość mają chyba w naturze, albo przechodzą w tym kierunku specjalistyczne szkolenie. Kiedy przyszła nasza kolej, kłóciłem się z Tamar o rodzaj wysyłki: czy lotniczą czy morską. Kłótnia przebiegała po hebrajsku, więc pani z uśmiechem i zainteresowaniem, ale i z olbrzymią cierpliwością przysłuchiwała się sprzeczce. Kiedy już skończyliśmy, zwróciła się do nas spokojnie:

– Az, doar jam?

– Ken – odpowiedzieliśmy razem i zaczęliśmy procedurę wysyłania paczki.

Nasz Wielki Szabat

     Wśród Szabatów jest Szabat Hagadol (Wielki Szabat) i niektórzy złośliwcy mówią, że ten Szabat jest duży, bo rabin dużo gada. Ale nasz Wielki Szabat w kontekście świąt żydowskich jest zwykłym Szabatem, natomiast dla nas staje się szczególnie ważny, ponieważ mamy kantylować Torę w Izraelu, w Karmiel, urokliwej małej miejscowości położonej między górną a dolną Galileą. Rabin Gil i jego żona Zivah sugerują, aby przyjechać do Hajfy i tam wypożyczyć samochód, ponieważ nie ma innej możliwości komunikacji w piątek i sobotę.

     Zamawiamy więc samochód w jednej z  wypożyczalni i zaraz po przylocie i zameldowaniu się w hostelu jedziemy autobusem po odbiór naszego autka. Jest już piątek, więc musimy się spieszyć. Odbiór samochodu odbywa się bezproblemowo. Pan z obsługi tłumaczy nam, jak odbezpieczyć auto – wcisnąć czterocyfrowy pin na panelu, potem gwiazdkę i już można jechać. Cieszymy się, że ten etap mamy już za sobą i zostawiamy pojazd niedaleko hostelu, w którym mieszkamy. Jednak coś mnie niepokoi. Mówię do Tamar, że pójdę sprawdzić, czy samochód na pewno odpala się bezproblemowo. Wciskam pin, kochawit i nic. Jeszcze raz. I jeszcze raz. I jeszcze raz.

     Dzwonimy do obsługi wypożyczalni, ale informują nas, że nikt nam nie pomoże, bo już zbliża się Szabat. Telefoniczna przepychanka trwa dobrą godzinę. W naszych wysiłkach wspomaga nas pani z recepcji. Wreszcie zniecierpliwiona Tamar mówi do słuchawki po hebrajsku:

– Będę tam za godzinę i będzie to najgorszy dzień w twoim życiu.

Pan z obsługi podaje nam PUK do panelu. Działa. Możemy jechać do Karmiel.

     W Karmiel witamy się serdecznie z rabinem Gil, Zivah jest w domu i szykuje jedzenie, również dla nas. Po Kabalat Szabat i Maariw jesteśmy głodni, więc z wdzięcznością przyjmujemy zaproszenie na kolację. Jest przepyszna, jak każdy posiłek robiony przez Zivah. Nie siedzimy długo, bo wszyscy potrzebujemy wypoczynku – my po podróży i przygodach  z samochodem, Rabi i Zivah przed czekającą ich w sobotę podróżą do Stanów.

     W sobotę jedziemy po raz drugi do Karmiel. Z napięciem oczekujemy Torah Service. Mimo czytania Tory, ludzie gadają i to jest normalne, gdy kantyluję ja, nadal gadają, gdy wersety Tory śpiewa Tamar, Synagoga cichnie.

     Po nabożeństwie wszyscy nam gratulują, Rabin Gil mówi, że wielokrotnie miał okazję słyszeć jak Tamar i Nachszon czytają Torę w Polsce, ale to jest pierwszy raz, kiedy słyszy nas w Izraelu. Zivah płacze. Idziemy do Rabinostwa na przepyszny obiad.

     Skoro początek nie był łatwy , więc i koniec musi być trudny. W niedzielę ustawiamy na GPS adres wypożyczalni, aby oddać auto, jednak GPS źle pozycjonuje cel. Wjeżdżamy na autostradę i przejeżdżamy około 30 km, zanim pojawia się możliwość zawrócenia. Zatrzymuję się po drugiej stronie ulicy naprzeciwko firmy, której mamy zwrócić samochód i proszę Tamar, aby ktoś tu przyszedł, bo ja nie mam pojęcia jak tam dojechać. Tamar wraca po kilkunastu minutach z informacją, że nikt nie przyjdzie, ale dali adres, który należy ustawić na GPS. Tym razem trafiamy bezbłędnie. Oddajemy autko, a ja czuję się tak, jakbym oddał kozę, którą wziąłem do ciasnego domu. Z radością jadę z Tamar na wzgórze Karmel urokliwym najkrótszym metrem świata.

Odpoczynek

     W Jafie odpoczywamy. Łazimy po urokliwej starówce, opalamy się, zbieramy muszelki, ze współczuciem obserwujemy na plaży ustawiane w szeregu dziewczynki z ortodoksyjnej szkoły ubrane w mundurki od stóp do głów i zerkające w stronę  nagich torsów taplających się w morzu, jemy przepyszne lody i zaprzyjaźniamy się z buldożerem-koparką, która codziennie na plaży wybiera kamienie. Takie przyjaźnie można nawiązać tylko w Izraelu.

Być może zdecydujesz się wjechać do Erec i poczujesz, że coś cię odrzuca, ale nie obwiniaj wtedy Izraela. Jest on jak piękna kobieta, która sama sobie wybiera kochanków.

 

Nachszon Krzysztof Lipa-Izdebski

 

2 odpowiedzi do “Izraelski kalejdoskop”

  1. Zamawiaj koszerne i nie mów po hebrajsku – to zamów żarcie w budzie nad polskim morzem w sezonie, to dopiero się zdziwisz, a spróbuj się dogadać z urzędnikiem (po polsku, nie hebrajsku) w polskim urzędzie…,
    Wpieniony Żyd – wpakuj się na miesięcznicę z aparatem, zobaczymy czy przeżyjesz,
    Jeruzalem, Jeruzalem – dla równowagi proponuję zakup biletu na Kasprowy w pięciogodzinnej kolejce do kasy i potem wjazd na 20 minut na górę zapchanym wagonikiem,
    Odpoczynek – wybierz się bez parawanu na plażę bałtycką po 10 rano…

  2. Survival czyli wakacje nad polskim morzem 😉 Poza sezonem jest łatwiej wybrać się na plażę, a z jedzeniem nie ma problemu, bo… nie ma żadnej budy w okolicy. Cóż, bałtyckiego wybrzeża poza sezonem nie wypróbowałam, ale polecam wjazd na Kasprowy w okolicach przełomu listopada i grudnia. Żywej duszy wokół, bilety tańsze i – jeśli tylko świeci słońce – to, wśród niezawodnego o tej porze śniegu w Tatrach, widok zapiera dech! A jeśli chodzi o urzędników… przypomniała mi się zabawna rozmowa podczas cudnej wycieczki objazdowej po Izraelu. Jeden z naszych współpasażerów opowiadał, jak wybrał się do urzędu pierwszego dnia z wyznaczonymi dłuższymi godzinami pracy, czyli w poniedziałek tuż po 16-tej i poczuł się jak uzbrojony Palestyńczyk na środku Jerozolimy 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *